Header Ads

Najnowsze

Kolarz-amator - dzień z życia "stworzenia"

Amatorzy w akcji


Kolarz-amator. Co to za stworzenie? Ni to ptak, ni samolot, ni to zwierz. Żyje takie to-to między ludźmi, a jakby obok nich. Gdy zapytasz go o wspólne wyjście, odpowie: "po treningu"; gdy zapytasz o wspólne zajęcia po treningu, odpowie: "jestem zmęczony, muszę się przespać"; zapytaj o wspólny trening, usłyszysz: "dziś nie, bo robię specyficzną jednostkę treningową, pojadę sam". Na imprezach nie pije, chipsów i innego śmiecio-jedzenia nie jada. Pewnie mimo wszystko myślisz, że taki kolarz-amator ma klawe i fajne życie, bo niczym się nie przejmuje i na rowerku śmiga? Z chęcią oddałbym wiele za taką wizję, bo moja jest inna.


5:05, rano
Dzwoni ten cholerny budzik. No tak, sam nastawiłem. Pomyśleć, że kiedyś kochałem ten utwór. Teraz kojarzy mi się z bólem ucieczki ze świata snów i zderzeniem z rzeczywistością. Przypomina to trochę moment narodzin: dziecko opuszczając ciepłe i bezpieczne łono matki wita się z tym światem płaczem. Od teraz zdane jest wyłącznie na siebie. Ja jestem za duży by codziennie płakać. Te same ściany. To samo śniadanie. Ta sama kolejność wykonywania porannych czynności. Gdyby zamachowiec chciał mnie sprzątnąć nie musiałby się nawet wysilać. Wystarczy automat na dachu bloku na przeciwko z ustawioną godziną, o której codziennie pojawiam się w oknie balkonowym odsłonić rolety. Tylko dwa promienie rozpraszają szarą rzeczywistość: Ukochana (jeszcze śpi) i Kudłaty (jeszcze leży na miejscu, ale zaraz się podniesie). No, już stoi i merda ogonem. Już, stary, jeszcze chwila i idziemy na spacer. Kudłaty szwęda się po dworze, robi swoje, sprzątam po nim. Wracamy. On kładzie się przy swojej Pani, ja pakuję manele i idę na wojnę z codziennością. Znów niewypoczęty.

5:57, później rano
Na przystanku pusto. Spóźnia się.

5:59, później-później rano
No jedzie. Czy zawsze muszą się spóźniać? Oczywiście ciężko przyjechać punktualnie na czas na drugi przystanek od pętli. I znów stary, śmierdzący ogór jedzie. W zasadzie czemu mnie irytuje jego spóźnienie? W pracy i tak będę 15 minut przed czasem. Mógłbym jeździć późniejszym, ale... - bez komentarza.

6:45, jeszcze później rano
Rozumiem, że o tej porze jeżdżą do pracy robotnicy "najniższej klasy" (nie obrażając nikogo); rozumiem, że w Polsce wynagrodzenie nie jest za wysokie, ale mydło i proszek do prania nie są drogie. Dlatego nie rozumiem dlaczego śmierdzą. Na szczęście koniec męczarni i można odetchnąć powietrzem. Jeszcze tylko sklep z pieczywem i idę do biurowca. A! Dziś, po 4 dniach bułki z makiem, kupiłem bułkę z serem. Jestem zaszokowany swą spontanicznością.

7.00-15.00
Niewolnik. Ale z czegoś trzeba żyć. Nie powiem, są też miłe akcenty, np. 15.00, gdy wychodzę z biurowca.

15.18, popołudnie
3 minuty spóźnienia. Bez komentarza. Mam dziś szczęście - praży słońce i spocona tłuszcza w metalowej puszce. Śmierdzieli też nie brak. Zionie przetrawionym piwskiem. Temperatura jedyne 35 stopni, no, może 40. I jeszcze "tylko" godzinka jazdy do domu przez to śmierdzące, wielkie miasto.

16.18, późniejsze popołudnie
Witają mnie moje dwa Promyki. Znów szarość się rozprasza. Wspólny obiad. Tak, Kudłaty je ze swojej miski. Chwila odpoczynku i trzeba zrobić trening. Przecież jak nie zrobię to będę miał żal do siebie, jak na zawodach coś nie pójdzie.

17-19, wieczór
Pojeżdżone, endorfiny krążą we krwi. Powrót. Kudłaty się cieszy, Ukochana się cieszy. Niby wszystko ok, ale teraz przecież jeszcze obowiązkowe rozciąganie, odpowiedni posiłek, suszenie rzeczy itd. - Ukochana i Kudłaty cieszą się mniej.

20.00, później wieczór
Kolacja. Kolejne rozmyślania co zjeść, by szybko się zregenerować a i jednocześnie "nie nażreć" na noc. I tak mija 5 minut, a lodówka się wietrzy. Ok, już wiem! I biorę to samo, co przez 4 ostatnie dni. Nawet mam czas poświęcić trochę czasu dla Promyczków.

22.00, noc
Posiedziałbym dłużej, ale przecież o 5.05 muszę rozpocząć kolejny dzień. Taki sam jak dzisiejszy. Taki sam jak przed wczoraj. Identyczny jak 3 dni temu. Spoko, jeszcze tylko 144 dni do końca roku. Może w przyszłym coś zmienię. Tak, stracę teraz kolejne 30 minut na przemyślenia: mówię o sobie kolarz-amator. Patrzą na mnie jak na dziwaka. Tylko trening, zdrowe żywienie, brak imprez (przecież nie odpocznę) i to ciągłe napięcie czy starczy mi czasu by zrealizwać cały plan dnia; czy przypadkiem nie wyskoczy mi coś, co spowoduje, że harmonogram runie. Czasem zastanawiam się czy warto to wszystko robić. Ciągłe planowanie, pilnowanie się na każdym kroku, balansowanie na granicy ciągłego zmęczenia... ale to moja pasja! Przecież kocham to! I ta radość po ukończeniu zawodów wśród 100 najlepszych! To jest świetne uczucie! Chcę to robić! 

22.30, noc
A może już inaczej nie potrafię?

Brak komentarzy