Header Ads

Najnowsze

Wyścig kolarski amatorów trasą Mistrzostw Polski 2013

Przeglądając na jakiejś stronie internetowej kalendarz wyścigów szosowych w szczególności zwracam uwagę na te, które dzieją się w okolicy Wrocławia. Moje oczy "przykuła" informacja o Mistrzostwach Polski w Sobótce - nie lada gratka dla fanów kolarstwa! Zgłębiając opis imprezy zamieszczony na stronie organizatora wyczytałem, że amatorzy też będą mieli swoje przysłowiowe "5 minut". Decyzję o starcie w Wyścigu Kolarskim amatorów Trasą Mistrzostw Polski 2013 podjąłem bardzo spontanicznie. "Jest blisko; jadę!". I pojechałem ;)


Wyścig do wyboru miał dwa dystanse: 22 km (MINI) i 44 km (MAXI). Może niezbyt dużo, ale trasa potrafi zmęczyć, w szczególności daje się we znaki podjazd na przełęcz Tąpadła. Start i meta usytuowane były przy Hotelu Sobotel w Sobótce, dalej trasa biegła przez: Strzegomiany, Będkowice, Sulistrowiczki, Przełęcz Tąpadła w prawo na Sady, Chwałków, Sobótka Zachodnia. Taka jedna pętla wynosiła 22 km.


Wyświetl większą mapę


rys. 1 Profil trasy

Kolarzy przywitała słoneczna, acz rześka pogoda. Do udziału w zawodach zgłosiło się 296 osób, w tym śmietanka kategorii Masters m.in.: Ryszard Szurkowski i Czesław Lang. Było się z kim ścigać!

Z racji sporej ilości zawodników peleton podzielono na 3 grupy. Startowały one w odstępach dwu-minutowych. Punktualnie o godzinie 9.00 sędzia główny dał znak startu dla czołówki. W drugiej grupie pojechałem ja, a jako ostatni wystartowali zawodnicy zapisani na dystans MINI.

I w tym miejscy przechodzę z narracji trzecioosobowej do pierwszoosobowej ;)

Dojazd do Sobótki rowerem zajął mi nieco ponag godzinę. Nie chciałem się zbytnio forsować, bo siły miałem wykorzystać w trakcie wyścigu. Już wcześniej raz w tygodniu "robiłem" trasę wyścigu by ją dobrze poznać. Ale ok, nie czas rozstrząsać co zrobiłem wcześniej, a co jeszcze mógłbym zrobić. Stoję teraz na starcie i czekam aż ten siwy pan wystrzeli ze startera.

Bach!

Jak zwykle w tym momencie do mojej krwi pompowane są ogromne dawki adrenaliny, serce przyspiesza, oddech się pogłębia a zmysły wyostrzają. Chwilowy problem z wpięciem w pedały wybija mnie z rytmu, na szczęście nie na długo. Standardowe roszady po starcie: kolarze pędzą, skaczą jeden do drugiego, część zwalnia. Już na pierwszym zakręcie, za którym rozpoczynał się podjazd grupa zaczyna się rozciągać. Staram się utrzymać koncentrację i jadę swoje. Nigy nie ścigałem się "pod górę", więc nie wiem jak się organizm zachowa.

Do podjazdu na przełęcz Tąpadła niewiele się zmienia w stawce. Nikt nie wykazuje aktywności. Wpadam na podjazd z prędkością ok. 38 km/h, ale potem jest tylko coraz wolniej ;) Ale zwalniam nie tylko ja, pozostali też. Kręcę tak mocno jak mogę i udaje się wyprzedzić kilku kolarzy. Wiara w siebie rośnie :) Na samym szczycie podjazdu ogromne zaskoczenie! Zaskoczyli mnie kibicie i ich niesamowicie gorący doping! Powoli zaczyna to przypominać wielkie tour'y, gdzie rzesze fanów czekają na swoich ulubionych kolarzy i dodają im motywacji okrzykami (swoją drogą na trasie było kilka takich grup kibicujących).

Rozpoczynam zjazd z przełęczy. Znam drogę, więc nie spodziewam się żadnych niespodzianek zwłaszcza na jednym z najniebezpieczniejszych zakrętów. Niestety nie wszyscy o nim wiedzą. I widzę na własne oczy jak kolarz przy prędkości 60 km/h, wyrzucony z zakrętu, leci w drzewa. Odpowiednie służby są na miejscu i interweniują. Spokojnie, w grupie dojeżdżam do mety pierwszego okrążenia.

Druga pętla w zasadzie bez większych zmian. Jedynie ja już nie pozwalam innym na jazdę "na kole", a sam "siadam na koło" innym i się wiozę. Nie ma co: Leszno wiozłem innych, teraz ja się powożę ;) Na podjeździe na przełęcz próbuję ucieczki i nawet zrywam peleton, ale jednak brakuje mocy w nogach i mnie dochodzą. Tutaj też doszło do pyskówki z jednym z zawodników, bo chciał bym wiózł go aż na szczyt podjazdu. Odpowiedziałem mu co o tym myśle i siadłem mu na kole.

Pięć kilometrów do mety zaczyna się roszada: przepychanki, ucieczki, skoki. Ostatni podjazd przed metą kręcę ile mogę, ale i tak mnie wyprzedzają. Ostatkiem sił, z krzykiem, wpadam na metę. Pieczenie w nogach jest nie do zniesienia.

Grymas na twarzy po przekroczeniu mety

A potem już spokojny rozjazd i wizyta w biurze zawodów w celu odbioru pakietu startowego.

Oficjalne wyniki:
OPEN: 101 miejsce
AM20: 27 miejsce

Czy jestem zadowolony? I tak, i nie. Tak, bo dałem z siebie wszystko; nie, bo liczyłem na wyższe miejsce ;) Ale nie ma co ukrywać, że w wyścigu brała udział śmietanka "amatorska" i poziom był wysoki :)



Jedyne, co rzuciło cień na tą wspaniałą imprezę (moim zdaniem), to to, że organizator nie zapewnił wodopojów dla zawodników (w barze hotelowym kazali mi płacić 5 zł za 0,5l wody!) a bufet otwarty był od 11. Kończąc wyścig ponad pół godziny wcześniej nie chciało mi się czekać. Zjadłem batona i wróciłem do Wrocławia.

Podejrzewam, że w przyszłym roku Sobótka także mnie zobaczy :)

Pełne dane z wyścigu poniżej.


Brak komentarzy