Header Ads

Najnowsze

Echa po VIII. Leszczyńskim Maratonie Rowerowym


Dwa dni temu, 26 maja, odbył się długo oczekiwany przeze mnie maraton szosowy. Cały rok przygotowań, jak wspominałem w jednym z wcześniejszych wpisów, podporządkowany był tej imprezie. Przystępując do startu nie byłem jednak przekonany, co do swojej formy, ale jak się okazało moje obawy były niepotrzebne (aczkolwiek zabrakło trochę "wykończenia" wyścigu). Czy jestem zadowolony ze swojego startu? Tak, bo w porównaniu z zeszłym rokiem dałem z siebie wszystko. Zapraszam cię drogi czytelniku do przeczytania relacji z VIII. Leszczyńskiego Maratonu Rowerowego widzianego moimi oczami.

Po dość długiej podróży pociągiem (2 h jazdy jak na tyle km z Wrocławia do Leszna to dość sporo), która rozpoczęła się już kilka minut po godzinie 5. Leszno przywitało mnie swoimi chłodnymi objęciami i nie szczędząc razów wietrznych kąsało igłami zimna. Nie takiej pogody sobie i wszystkim uczestnikom życzyłem, ale cóż zrobić? Nie tylko mnie warunki atmosferyczne dokuczały: inni przecież pojechali w tych samych. Owszem, byłem przygotowany na każdą ewentualność pogodową, ale już takim człowiekiem jestem, że nie lubię zimna i silnych podmuchów wiatru. Wiedziałem, że trzeba się będzie napracować podczas wyścigu, tylko nie byłem jeszcze pewien czy dam radę.


Po załatwieniu formalności związanych z odbiorem numeru startowego, przystosowania swojego stroju do wyścigu, urządziłem krótką rozgrzewkę. Przy okazji spotkałem kolegę z drużyny Feniks Legnica, z którym wymieniłem kilka zdań, życzyłem powodzenia i dalej rozgrzewałem organizm. Na 10 minut przed sygnałem rozpoczynającym wyścig postanowiłem poszukać dogodnej pozycji do startu. Nauczony doświadczeniem nie dałem się tak sfrajerować jak w zeszłym roku: wiedziałem, że im bliżej czołówki stanę już teraz, tym lepszy wynik osiągnę. Jednak widząc przed sobą 500 zawodników ustawionych jak śledzie w puszcze stwierdziłem, że łatwiej jest powziąć taki zamiar niż go wykonać. Mojemu szczęściu dopomogli jednak uczestnicy startujący z pierwszego sektora, wężykiem przeciskający się przez tłum. Wykorzystałem szansę i razem z nimi wysforowałem się na przód grupy w miejsce, na które zezwalał mi regulamin. Minuty mijały, a ja czekałem na sygnał startu....

iiii.... czas się zatrzymał.

"Ja, mój rower, moja forma. Tam Oni, wyżyłowani, konkurenci, umięśnieni. Nie myśleć, że są lepsi. To ja jestem dobry! Jedź jak trenowałeś, kąsaj jak osa. Atakuj, rwij, goń, trzymaj koło! Cały rok na to czekałeś. Przepracowałeś go porządnie. Wyobraź sobie, że nie ma jutra i daj z siebie dzisiaj wszystko!"

START!

Włącza mi się "automat". Wyuczone podczas treningów odruchy przejmują władzę. Odpycham się prawą nogą, lewą naciskam na pedał. Prawą wpinam, zmieniam przełożenia, nabieram prędkości. Tam jest luka! I tam! I tam! Wykorzystuję każdą okazję do przedarcia się do przodu. Jadę w środku peletonu, bo nie dmucha wiatrem tak bardzo. Mijam kolejnych zawodników...

"Przepełnia mnie radość! Jest moc w nogach! Nic nie boli, wszystko się kręci! To niesamowite! Jadę, mijam innych. To wspaniałe uczucie: bycie lepszym! Już wiem, że dam radę i nie poddam się aż do końca!"

W zastraszającym tempie mijają kilometry. Powoli zaczynają się tworzyć grupy. Przeskakuję od jednej do drugiej; cały czas do przodu. W pewnym momencie docieram już do ekipy, z którą - jak się okaże - dojadę do końca wyścigu.

"Jest nas chyba ze dwudziestu. Będziemy współpracować to niezłe czasy wykręcimy. Na razie średnia nie spada poniżej 40 km/h. Przed nami grupa, którą warto dogonić - to czołówka! Ścigamy ją przez 40 km, ale wciąż nie udaje nam się ich dojść. Dlaczego?! Cholera, tylu nas jest, a tylko pięciu z nas pracuje i ciągnie grupę! Buntujemy się, motywujemy innych do wyjścia na zmianę. Niektórzy nawet próbują: szkoda, że przy tym tracą tempo i z 40 km/h robi się trochę ponad 30... I już nie widać czołówki. I nie zobaczyliśmy jej aż do mety..."

W "peletonie", w którym byłem ciężko pracowałem z pozostałą czwórką kolegów, którzy także mieli większe ambicje niż siedzenie na kole. Reszta tylko jechała za nami. Nasza współpraca, tuż przed metą, zaczęła przynosić owoce. Na ostatnich podjazdach doganialiśmy tych co odpadli z czołówki. To nas nakręcało i cisnęliśmy jeszcze mocniej. Z dwudziestkę kolarzy tak wchłonęliśmy.

Na 5 km przed metą dostałem propozycję ucieczki z jednym z zawodników. Niestety, jechałem już na resztkach sił - naprawdę się napracowałem na grupę - i... odmówiłem. Teraz ciut żałuję, że zmęczenie odebrało mi ducha walki. To był pierwszy błąd przed metą jaki popełniłem. Drugi miał miejsce jakieś 500 m od niej. W finiszującej grupie zaczęła się nerwówka i postanowiłem "wyskoczyć" i sprintować. To było impulsem dla reszty. Strzelili wszyscy za mną, ale ja się spaliłem... Metę przekroczyłem patrząc na ich plecy...

Ostatecznie dystans MINI (75 km) ukończyłem z czasem 2h:02m:42s, co dało mi 82. pozycję w OPEN i 26 w kategorii M2S.

Czy jestem zadowolony? Owszem, jestem.
Czy widzę poprawę formy w porównaniu z zeszłym rokiem? Mimo gorszego czasu (o 4 min "słabiej" niż w 2012) śmiem twierdzić, że ciężko zapracowałem na tą pozycję. Prawie od samego startu - wraz z pozostałą czwórką zawodników - ciągnęliśmy swoją grupę. Dałem z siebie wszystko co mogłem. Gdyby w 2012 roku wiało tak jak teraz i gdybym "pracował" jak teraz - kto wie czy przejechałbym linię mety. Żałuję jedynie tych dwóch popełnionych błędów w kluczowym momencie wyścigu: nie skorzystałem z propozycji ucieczki i zbyt szybki sprint na finiszu. Ale jeszcze niewiele mam doświadczenia w wyścigach szosowych ze startu wspólnego. W przyszłym roku postaram się ich uniknąć!

Ogólne wrażenia? Było naprawdę świetnie! Wszystkich fanów kolarstwa zapraszam na ten wyścig. To jedyna okazja ścigać się ze startu wspólnego na całkowicie zamkniętej trasie. Organizatorzy odwalają kupę dobrej roboty przy tym! A i pakiet startowy jest niczego sobie :) Nie obeszło się jednak bez drobnych - moim zdaniem - wpadek: 1) bufet - nikt nie czekał na nas z wyciągniętą ręką oferującą banany lub napój (chyba myśleli, że się zatrzymamy, zsiądziemy z rowerów, zjemy i pojedziemy dalej); 2) oszustw zawodników - jadąc na rowerze szosowym byli klasyfikowani w kategorii MTB (bo taki rower zgłosili podczas zapisów). Mam nadzieję, że w przyszłym roku Organizatorzy wyeliminują te drobne niedociągnięcia, zamówią piękną słoneczną pogodę, a kolarzy będzie jeszcze więcej!

A poniżej galeria ze zdjęciami zebranymi z internetu :)

Tym dwóm kolegom szczególnie dziękuję za współpracę :)










Brak komentarzy