5/02/2012

"Bolesne rozdziewiczenie" *

Cytat zaczerpnięty od jednego z czołowych polskich biegaczy długodystansowych idealnie odzwierciedla mój stan po wyścigu w imprezie z cyklu Bike Maraton, która miała miejsce w Zdzieszowicach dnia 28-04-2012 r. Był to mój pierwszy start w zawodach kolarskich po tak długiej przerwie i pierwszy w ogóle w zawodach typu MTB. A co z tego wynikło, przeczytajcie sami...

Już od ponad roku, jak wiecie, trenuję kolarstwo szosowe w celu powrotu to formy sprzed mojej sportowej pauzy. Wiele książek przeczytanych, wiele potu wylanego na treningach, drobne przeciwności losu i kilka trapiących kontuzji doprowadziło mnie do momentu nowego sezonu. Momentu, w którym zdobyte przygotowanie można skonfrontować z rzeczywistością przeprowadzając swoisty sprawdzian - start w zawodach.

Sport, który tak naprawdę kocham to kolarstwo szosowe. Tym bardziej zdziwić niektórych może mój start w zawodach z cyklu MTB. Co mnie do tego skłoniło? Po części dofinansowanie jakie mój obecny pracodawca robi dla "firmowej" drużyny kolarzy-amatorów, a po części to, że to też zawody "rowerowe". No i stało się.

W pierwszym etapie, który miał miejsce we Wrocławiu, w wyniku "niefortunnego splotu okoliczności" niestety nie wystartowałem. Bardzo byłem rozgniewany, bo przygotowywałem się psychicznie do tego wyścigu, a przemożna chęć sprawdzenia wytrenowanych umiejętności aż mnie rozsadzała. Pogoda tego dnia była wyjątkowo okrutna, dlatego gratulacje tym, co dojechali.

Drugi wyścig z cyklu Bike Maraton odbywał się w Zdzieszowicach. Nie chciałem brać udziału, gdyż planowałem start w wyścigu szosowym z cyklu Pucharu Polski - "Żądło szerszenia" w Trzebnicy. Pech chciał, że dojazd w weekend do tej miejscowości jest niemalże niemożliwy i dlatego "skusiłem" się na start z drużyną KRD w zdzieszowickim Bike Maratonie. I nastał w końcu dzień, w którym rozpocząłem tegoroczną rywalizację.


Brak doświadczenia dawał o sobie znać: częste budzenie w nocy, ciągłe myśli "jak wypadnę", ogólne pobudzenie. Tuż po przebudzeniu, szykując się do wyjazdu na pociąg, spotkała mnie miła niespodzianka. Mój wspaniały członek zespołu ds. żywienia (polecam w szczególności jej przepisy: skrytozercy.blogspot.com) zostawił mi przy kasku wiadomość, którą przedstawia zdjęcie poniżej.


 Uśmiech na mych ustach i same optymistyczne myśli ogarnęły mnie i pozwoliły psychice odpocząć przed startem.

Podróż pociągiem przebiegał bez zarzutów. Pełen skupienia przemierzałem kilometry w PKP i obmyślałem strategię startu. Teren miał dwa długie podjazdy i nie wiedziałem jak mój organizm zareaguje. Wszak nigdy nie byłem dobry w podjazdach. W drodze dosiadła się do wagonu "pani kolarka" w wieku (na oko) 65 lat! Ogromne było moje zdziwienie, że ktoś taki jeszcze jeździ, ale kobieta okazała się sympatyczną towarzyszką podróży i zagadywała kolarzy z wagonu.

Na miejscu spotkałem się z resztą drużyny. Nie zostało niestety dużo czasu na rozgrzewkę, więc sobie ją odpuściłem. Pomyślałem, że co ma być to będzie.

Do momentu startu byłem zestresowany. W końcu brak doświadczenia dawał o sobie znać. Odliczanie, strzał, START! I ruszyłem. Na pohybel! Po zewnętrznej zacząłem mijać marudów, którzy mieli nawet problem z wpięciem się w spd. Po wyjechaniu na główną trasę rozpoczął się 6 kilometrowy podjazd. Ok, nie oszukujmy się, jechałem na pałę - ile wlezie. Po 10 minutach zobaczyłem z lewej dwóch, trzech kolarzy idących wachlarzem i mijających większość. Dostrzegłem swoją szansę i ruszyłem! Owszem, to było to tempo! W przeciągu 5-10 minut minęliśmy chyba około setki uczestników. Pod koniec góry minąłem nawet kolegę z drużyny, który startował wcześniej, bo był w 3 sektorze. Ja startowałem z 7 (ok. 4 minut "straty" od 3 sektora). Byłem zdziwiony, że wytrzymuję tempo, nogi czuły się silne, a ja psychicznie podbudowany. I jakoś to szło. Schody (w przenośni i dosłownie) zaczęły się po wjeździe do lasu. Nie da się tego opisać, to trzeba przeżyć! Ta adrenalina i niebezpieczeństwo były wszechobecne! Podjazdy były jak cię mogę. Ludzie wysiadali, ja piąłem się coraz wyżej. Dostrzegłem dla siebie szansę i każdy podjazd atakowałem jak najmocniej. Niestety, traciłem na zjazdach. Spróbujcie zjechać sami ze stoku pełnego kamieni i korzeni o nachyleniu kilkunastu stopni z prędkością 30 km/h. Hamulce miałem prawie cały czas zaciśnięte, ale pozostali... nawet ich nie używali! Bidony, pompki, liczniki walały się po całym lesie. Ludzie wywracali się, zrywali łańcuchy, wpadali w krzaki! Tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć i przeżyć! 


Na 13 km dopadł mnie kryzys i już modliłem się o metę. Możecie się śmiać, ale spróbujcie sami pościgać się w MTB :) Jakoś sobie poradziłem, ale zmęczenie zrobiło swoje. Dwukrotny brak skupienia i za każdym razem leżałem na glebie. Dobrze, że zwalniałem przed zakrętami, ale nie obeszło się bez "ofiar" - ucierpiał mój kask pękając, mój pośladek też odczuł spotkanie z Matką Ziemią, a łokieć nadal trzeba całować by nie bolał ;) Ale było, nie było po 1 h 2 min i 36 sek przekroczyłem linię mety i okazało się, że w kategorii OPEN jestem 93, a w swojej kategorii M2 - 26!. Jak dla mnie jest to ogromny sukces! Po tak długie przerwie w treningach osiągnąć taką pozycję - miodzio!


Nie mogę się doczekać kolejnych startów. 
Następny planowany na 12-05-2012 r. w Wieluniu....

Do zobaczenia na trasie!

PS. Rekonwalescencję i regenerację przechodziłem w Hotelu Solnym w Kołobrzegu. Korzystałem z takich wspaniałych zabiegów jak urocze towarzystwo mojej Barbary (mój technik żywieniowy), którą serdecznie pozdrawiam ;), okładów borowinowych i masażu gorącą czekoladą. Coś fajnego, ale ciężko się potem domyć ;). Samego hotelu osobiście nie polecam, nawet BARDZO nie polecam.

PS2. Tutaj kilka zdjęć z moim udziałem (ja to ten w szarym trykocie z biało-czerwonym pasem na piersi): Galeria BikeLife.pl
------------------------------------------------------
* tytuł zaczerpnięty z www.dogonic-kenijczykow.blogspot.com

0 komentarze:

Prześlij komentarz